O Fundacji

O Adopcji

Psy Do Adopcji

Ratuj z Nami

Kwota w PLN:
2015/11/26

O współpracy czyli jak to jest jak przechodzi się na „naszą” stronę :)

11666053_853710554709557_1195542780685156316_nAgnieszka dołączyła do naszej drużyny 12 psów temu. Kiedyś tylko obserwowała, jak wiele innych nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Fundacja ma takie a nie inne warunki. Dlaczego nasi podopieczni szukają domów na terenie miasta w którym mieszkają, dlaczego potencjalny zainteresowany musi wypełnić ankietę, spotkać się na spacer no i dlaczego nie wydajemy 3 kg psów do 10 miesięcznych dzieci. 12 psów temu uważała, że wszyscy ludzie, którzy dzwonią i żądają wydania psa natychmiast mają dobre serduszka. Dopóki nie przeszła na drugą stronę mocy, czyli nie stała się głównym ogniwem Fundacji – domem tymczasowym.

– Jak zaczęła się Twoja przygoda z Mikropsami?

Ich profil na Fb miałam polubiony już dawno. Coś mnie ciągnęło w kierunku mikrusów. Adoptowałam ze schroniska w Łodzi olbrzymiego psa, który jest ze mną od dawna, i pomyślałam, że idealnym dopełnieniem byłby mikropsiak – sunia. Jednak jakoś jeszcze wtedy moje drogi z Fundacją się nie zeszły… Może to nie był ten moment?

Pewnego dnia, wracając do Warszawy z Kielc, znalazłam przy trasie biedactwo takie maleńkie – mikrosunię. Biegała między samochodami na ruchliwej na maksa drodze krajowej, z cieczką… Jeszcze chwila, a by jej nie było. Oczywiście natychmiast zgarnęliśmy sunię do samochodu. Ustaliliśmy z mężem, że lepiej będzie, gdy jakaś Fundacja nam pomoże, udostępni umowę, pokieruje adopcją. Wiedziałam, że to jest proces, że trzeba to zrobić „z głową”, a nie oddawać psiaka komukolwiek, bo „taki biedny i śliczny”. Ale wiedziałam też, że tu potrzeba profesjonalizmu, a nie mojego dobrego serca, bo to za mało. Poza tym, co będzie, gdy jednak sobie nie poradzę? Gdy sunia będzie problemowa? Gdy nikt ze znajomych jej nie zechce? Tysiąc pytań, strachów, wątpliwości. Złapałam telefon, sunia ulokowana w bagażniku. Zadzwoniłam, trochę na ślepo,  do Mikropsów właśnie. Chciałam, żeby mi pomogli. Żeby dali wsparcie. Żeby powiedzieli, co i jak mam zrobić.

Aga7

Usłyszałam, że Fundacja działa według ściśle określonych zasad. Nie udostępnia umów dla psiaków, które oficjalnie nie są ich podopiecznymi. Że w chwili obecnej nie mają wolnych domów. Pani, z którą rozmawiałam, przedstawiała mi suche fakty, jednocześnie tłumacząc, dlaczego działają tak a nie inaczej. Że w przypadku ich podopiecznych adopcja to pewien proces, który wymaga pewnego zaangażowania obu stron, a w przypadku tej Fundacji dotyczy wyłącznie Warszawy. Już w tym momencie kręciłam nosem!!! Jak to, takie ograniczenia, przecież to biedny piesek, szukający domu gdziekolwiek, byle dobrego, mała sunia… Masza, nie musi być stołeczna, ważne by ktoś ją kochał, gdziekolwiek! Wiele się potem dowiedziałam, oj, wiele, co ostatecznie rozwiało i moje wątpliwości, i znaki zapytania dotyczące Fundacji. Nie bardzo miałam wyjście, bo chcieli pomóc. Ustawiłam się okoniem, ale skorzystałam. I to była jedna z lepszych decyzji w moim (prozwierzęcym) życiu. Ustaliłyśmy więc telefonicznie szczegóły, co i jak z maleńką Maszą (4,5 kg), omówiłyśmy zasady działania domu tymczasowego na spotkaniu, podpisałyśmy umowę i… rozpoczęłyśmy współpracę.

Aga6

– Czyli ? Dostałaś psa i ogarniaj go sama?

No właśnie absolutnie nie. Gdyby tak było, zdecydowanie wolałabym „ogarniać” psa sama. Po co mi Fundacja? To jest organizacja działająca jak najlepszy mechanizm, teraz już to wiem. Nie ma sensu działać na zasadzie partyzanta, bo naprawdę można – z niewiedzy albo braku pomysłów – popełnić poważny błąd. Miałam problem zdrowotny u Maszki. Dzwoniłam do Fundacji i pytałam, do którego weterynarza powinnam jechać. Jasne, że można iść do weterynarza w okolicy. Tyle że Fundacja nie leczy psów u „podwórkowych” weterynarzy. Nie żeby tacy byli gorsi, zdarzają się perełki. Ale jednak stawiają na profesjonalistów w danej dziedzinie. Pies ma problem  z sercem – idziemy do psiego kardiologa, stawy – ortopeda, padaczaka- neurolog, psu łzawią oczy – idziemy do okulisty.

aga1

U Maszki, mojej pierwszej suni na tymczasie, problemy behawioralne rozwiązywałam telefonicznie. Dostawałam setki pytań i ciągłe rady, wytykanie błędów, które –  jak się okazało – popełniałam notorycznie, chcąc dla psa jak najlepiej! Trochę się złościłam,  poza tym – trochę to droga po omacku…. Ale zaufałam, zaufałam ludziom, którzy nie znaleźli pieska w krzaczkach i starają się pomóc… Tak to sobie wytłumaczyłam. Ci ludzie, którzy prowadzą tę Fundację, „przerobili” nie 10,  a 300 psów. Zaufam, że wiedzą, co robią. Stosowałam się więc do zaleceń, a Masza? Z dnia na dzień z wiejskiego, przestraszonego wszystkim burka przeistaczała się cudownie w miejskiego, dostojnego, spokojnego i ogarniętego psa!

– A sam przebieg adopcji?

Pamiętam, jak po raz pierwszy przeczytałam na fb mikropsiejskie warunki adopcji. Byłam zdegustowana i zła. Co to w ogóle za wymysł adopcji psa w miejscu jego zamieszkania!? Tylko Warszawa? Oszaleli? Dlaczego nie akceptuje się małych dzieci?! Sama mam córeczkę i uważałam, że to w niczym nie przeszkadza! Mały dzieciak, mały piesek – ot, para idealna. Czemu takie zołzy z Fundacji utrudniają sprawę? Moja złość była tak duża, że nawet kiedyś napisałam im elaborat pod jednym z albumów na FB, gdzie wypociłam mądrości życiowe o tym, że są ludzie w całej Polsce, którzy kochają zwierzęta, że małe dziecko i pies to idealne połączenie! Byłam dzielna i zawzięta.

Doświadczenie i druga strona mocy, czyli ta, przeciwko której się wypowiadałam, sprowadziły mnie jednak na ziemię. Zaczęłam być domem tymczasowym – po prostu, po Maszy, którą zajęłam się bardzo dobrze, Fundacja powierzyła mi kolejnego psa na tak zwany „tymczas”. I teraz wiem, że najchętniej oddałabym swojego ukochanego piesełka (tego, którym właśnie opiekuję się, będąc tymczasowym opiekunem) obok do bloku, żeby mieć go stałe na oku, żeby móc pogłaskać, zobaczyć na własne oczy, jak się miewa, czy już o mnie zapomniał, czy tęskni. Ale nawet nie o to chodzi, nie chodzi o mnie. Chcę wiedzieć i widzieć , że ma się dobrze. Spał ze mną w łóżku, kochałam, tuliłam, leczyłam, traumy… To jest jakby mój pies! Ale…. muszę go komuś oddać, a to jest baaaardzo trudne. I dlatego już rozumiem tę lokalizację adopcji… Chcę wiedzieć, czy jest dobrze, czy wszystko gra, czy jest problem, czy mogę pomóc….

Aga4

Masza była pierwszą mikrosunią, która trafiła do nas, gdy moja córka miała 4 lata. Córa jest bardzo dobra dla zwierząt, kocha je całym swoim serduszkiem, jednak nie chcąc źle dla pieska, czasem może zrobić coś, czego nie planuje. Potknąć się i upaść na niego, niechcący uderzyć, myśląc, że głaszcze. Biec w stronę psiaka, przybierając pozycję, którą pies może odebrać jako atak i zacząć piszczeć z zachwytu, jeszcze bardziej wycofując przerażonego i bojącego się wysokich tonów psiaka.  Niechcący, po prostu. To jest moje dziecko – absolutnie wychowane ze zwierzakami, a jednak, zdarzało się… Wtedy właśnie zrozumiałam często pojawiające się zdanie w warunkach adopcji Fundacji – dom bez małych dzieci.

Aga8

Potem nadszedł czas na sam proces adopcyjny, czyli – ankieta, spacer i po podjętej po spacerze dopiero decyzji – wprowadzenie psa przez opiekuna do domu stałego i podpisywanie umowy. Kompletnie nie rozumiałam, po co aż tak restrykcyjnie? Nie rozumiałam, dopóki nie doczekałam swojej pierwszej adopcji „oderwanej od mojego cycunia córuni”/śmiech/…

To ja wyciągałam z niej tony pcheł. To ja jeździłam do weterynarza i podawałam zapisane lekarstwa. To ja karmiłam łyżeczką, gdy była po zabiegu sterylizacji, to ja spowodowałam, że pies ponownie zaufał człowiekowi. To ja uczyłam, że człowiek to miłość, i to ja zachęcałam to kompletnie dzikie zwierzątko, by całe przerażone spało jednak ze mną, na kanapie… I to ja… muszę ją oddać. Boli. Brakuje. To jest trudny, piekielnie trudny moment…

Aga3

Wiele osób dzwoni po psy. Po przeprowadzeniu jednej rozmowy telefonicznej i słuchaniu wciąż tego samego zdania – „kocham pieski i zapewnię jej dobre warunki” – nie jesteś w stanie ocenić, czy ludzie, którzy chcą adoptować Twoją córunię, piesełka, którego wyciągasz z dna, kochasz, leczysz, walczysz o niego, są ludźmi dobrymi.

Ankieta to minimum wysiłku, który ludzie, chcący adoptować psa, muszą podjąć. Pytania, które ta ankieta zawiera, nie są pytaniami wymyślonymi przez wolontariuszy „bo tak”. To historie i przypadki różnych psów, ludzi i nieudanych adopcji. To lata nieprzyjemnych doświadczeń, które Fundacja zebrała w 30-kilku pytaniach. Każde z nich jest istotne, każde coś oznacza.

11873523_875829255831020_7899453213486200312_n

To, że nie ma opcji adopcji „ze zdjęcia” – typu: jaki śliczny piesek, chcę go już!!! –  to najlepsze, z czym się spotkałam. Pies na zdjęciu to pies na zdjęciu. Prześliczna, puchata kuleczka… Zupełnie inny obraz przynosi często rozmowa z opiekunem tymczasowym, czyli taką jak ja „mamunią”, która kocha dziecko najbardziej na świecie. Opiekun tymczasowy, spotkania, pytania, interakcja, to możliwość poznania się lepiej, nie po 2 minutach rozmowy. Spacer zapoznawczy pokazuje też, czy iskrzy, czy dana rodzina pasuje do „mojego” psa, którego ja znam najlepiej i odwrotnie.

A gdy adopcja się uda? Najcudowniejszym, wbrew pozorom, uczuciem jest to, gdy spotykasz swojego podopiecznego po miesiącu od adopcji, wyobrażasz sobie to przytulanie, głaskanie, buziaczki, tęsknotę, a on …. ma Cię gdzieś, bo kocha swoich ludzi. I to jest nagroda. Najlepsza. Dlatego właśnie warto.

– Powiedziałaś, że ankieta przedadopcyjna to zbór pytań, gdzie każde ma znaczenie? Możesz wytłumaczyć?

Pewnie. Gdy pierwszy raz zobaczyłam ankietę, pomyślałam – może jeszcze o numer mojego buta zapytają!? Ile pytań, co za strata czasu! I byłam w dużym błędzie, bo ankieta nie dotyczy mnie, ale psa, członka rodziny. Patrzę na nią z perspektywy opiekuna tymczasowego, który dla psa chce jak najlepiej. Pytania, dla niektórych dziwne, dla innych oburzające, wkraczające w ich prywatność, są pierwszym etapem starania się o psa. Dają mi odpowiedź na moje kolejne pytanie – czy ta rodzina jest odpowiednia dla mojego podopiecznego, któremu, zabierając go z ulicy, obiecałam, że krzywda mu się nie stanie już nigdy, że zrobię wszystko, by już zawsze było mu najlepiej na świecie. Ludzie są leniwi, to trzeba przyznać.  Wielu z nich, mimo telefonicznych zapewnień, ze kochają, że zrobią wszystko, żeby tego pieska mieć, nie odsyła wypełnionych ankiet. Dziś już nie narzucam się, nie dzwonię z pytaniami i ponagleniami, nie pytam, kiedy wypełnią ankietę. Odpuszczam. To nie mnie ma zależeć na psie, mnie już zależy, i to udowadniam, opiekując się nim , czasem naprawdę ofiarnie – to oni muszą się postarać, aby na niego zasłużyć. Ja wiem, jak zaskakująca jest ta perspektywa, ale tak właśnie jest. Dom tymczasowy oddaje ukochane zwierzątko, to moje, własne, jest to tak ciężki proces, a przy okazji tak bardzo ratujący życie zwierzakom, że wypełnienie ankiety i dostosowanie się do wymogów Fundacji dziś wydaje mi się niczym…

aga1

– A najbardziej kontrowersyjne pytanie w ankiecie?

Jednym z wielu pytań jest pytanie – wydawać by się mogło – śmieszne i mało istotne. Gdzie pies będzie spał – czy w kojcu na zewnątrz, w łóżku, czy w swoim posłaniu? Patrzę na to pytanie i przypominam sobie psy, które były u mnie w domu tymczasowym. Koziołek – moja najcudowniejsza, najwspanialsza, najukochańsza i długo bym tak jeszcze naj mogła mówić, której kompletnie nie wyobrażałam sobie w domu, w którym zabrania się psu spania w łóżku. Kózka bardzo emocjonalnie wiązała się ze swoim opiekunem, czyli ze mną. Spała wtulona maksymalnie, właziła mi pod koszulkę do spania, byle tylko móc dotknąć człowieka, którego kocha. Nie należała do „prostych” psów. Bardzo wycofany piesek, który nad życie, po oswojeniu się, kocha spać z człowiekiem… No i teraz tak: dostaję ankietę, gdzie Kózka będzie miała bardzo dobre warunki – ciepło, miłość, dobre jedzenie ect., ale zakaz wstępu do łóżka. Z jednej strony staram się zrozumieć: nie każdy piesek może spać z właścicielem, nie jest to też wyznacznik „dobrego domu”. Wiem to. Ale w przypadku Kozy: nie dość, że sama rozłąka ze mną będzie dla niej traumą, to jeszcze zakaz wstępu do miejsca, które traktuje jak posłanie… Już wiem: nie, nie ma takiej opcji. Nie w przypadku tej suni. Choć oczywiście miewałam takie psiaki, które nie widziały problemu, wręcz nie lubiły spać ze mną w łóżku. One jak najbardziej zaakceptują swoje posłanie. I po to właśnie jest mi potrzebna ankieta!

Piekielnie dużo się w ostatnim czasie nauczyłam.  Najważniejsze? To nie jest tak, że gdy ratuję psa, zgarniam go głodnego z ulicy, wystraszonego ze schronu, połamanego z pobocza drogi, chorego – on ma mi być wdzięczny, idealny, ma podziękować. Nie. Trzeba umieć zrobić krok dalej. Zrozumieć, gdy warczy – i działać. Uszanować go. Zaakceptować takim, jaki jest – tak – uczyć, szkolić, ale nie oczekiwać, że będzie idealny. To nie jest tak, że psa da się zaprogramować na wdzięczność czy miłość. Najbardziej na świecie bym chciała, by ludzie adoptowali psy i koty, nie kupowali ich, adoptowali, kochali i… i nie oczekiwali niczego w zamian…

Aga2

– A co chciałabyś powiedzieć na koniec komuś, kto stara się o adopcję psa z Mikropsów albo innej fundacji?

Przede wszystkim, żeby starał się spojrzeć na sytuację oczami wolontariuszy. I żeby tak jak oni, stawiał na pierwszym miejscu psa, nie siebie. Bo tak właśnie robimy my, wolontariusze. Dla nas dobro psa jest najważniejsze – jeśli pies będzie z danym człowiekiem szczęśliwy, to i człowiek na tym zyska. Myślę w tej chwili o wszystkich tych formalnościach – począwszy od ankiety, poprzez spacery i wizyty przedadopcyjne, na podpisaniu umowy i wizycie poadopcyjnej skończywszy.  To naprawdę nie jest tak, że wszystkie te czynności, pytania, sprawdzanie, kontrolowanie i wreszcie podejmowanie decyzji, czy to jest TEN człowiek dla naszego podopiecznego najlepszy, to jest nasz wymysł, kaprys. Bo często słyszę od zainteresowanych adopcją: „My chcemy tego pieska, chcemy dać mu dobry dom, najlepiej dziś, a państwo rzucacie kłody pod nogi! Tyle formalności, tyle pytań, to jest przesada! Jakieś ankiety (i to ile pytań!), spacery, czy wy aby na pewno w ogóle chcecie tego psa oddać?! Bo chyba nie!”. Takich pretensji jest mnóstwo. I ja je nawet rozumiem – bo podobnie myślałam, zanim zaczęłam współpracę z Mikropsami. Byłam po  drugiej stronie mocy. Uważałam, że jeśli jest bezdomny pies i jest ktoś, kto temu psu chce dać dom, to chyba powinno być to wszystko proste i oczywiste. Otóż nie jest, i dziś już o tym wiem. Każde pytanie w ankiecie, każde bez wyjątku, jest nieprzypadkowe. Nie wynika z wścibskiej ciekawości wolontariuszy, ale ma sens i figuruje w tej ankiecie celowo, bo to my, po latach pracy przy adopcji psów, tę ankietę stworzyłyśmy. Nie powstała w 2 dni. Powstawała latami – które obfitowały w różne doświadczenia – także te złe. Każdy na początku twierdzi: chcę tego pieseczka, będę go kochać do końca życia. Ale naprawdę nie sposób przewidzieć wszystkiego. I po to jest i nam, i kandydatom ankieta, bo ona otwiera oczy na wiele problemów, których dziś, na etapie chęci przygarnięcia psiaka, ludzie po prostu nie widzą. My nie działamy tak, że oddajemy nasze psy, bo jest jakikolwiek chętny dom. Akurat dokładnie odwrotnie: szukamy domu idealnego: dobieramy w pary ludzi i psy, poznajemy jedną i druga stronę i kojarzymy naprawdę udane ludzko-psie związki. Związki, które nie rozpadają się, bo „wyjazd za granicę”, „pies jest stary”, „nie chce się bawić, „sika w domu”, „jest nieposłuszny”. Prawie nie mamy zwrotów z adopcji, a takie sytuacje w schroniskach to smutna codzienność. Nie mamy, bo proces adopcyjny jest przemyślany od początku do końca i poprowadzony w oparciu o nasze wieloletnie doświadczenie.  Ankieta jest przygotowaniem na naprawdę długą przygodę z psiakiem, na dobre i złe. Umowa jest skonstruowana tak, by wszyscy mieli komfort: właściciele, że podejmują przemyślaną decyzję, pies – że na zawsze ma wspaniały dom, i wreszcie my – że od początku do końca zrobiłyśmy dla tego stworzenia absolutnie WSZYSTKO, by było szczęśliwe, bezpieczne, kochane. Na szczęście coraz więcej jest także ludzi, którzy te zasady zorumieją i akceptują. I starają się pomóc – bo proces adopcyjny to jest pena praca do wykonania, i dla wolontariuszy, i dla ludzi, którzy chcą psu dać dom. I to się nie odbywa ani w godzinę, ani przez telefon, ani mailowo…  I to są wspaniałe adopcje, które nas uskrzydlają. Współpraca, wyrozumiałość, szacunek, zrozumienie. Takie adopcje zawsze kończą się najlepiej. I takich bym sobie zawsze życzyła…

11084133_821956327884980_8298533472910257449_o

Agnieszka – dom tymczasowy Fundacji Mikropsy, jeden z niewielu, które mamy (w porównaniu do ilości psów w potrzebie). Mieszka i pracuje w Warszawie. Podobnie jak my wszystkie ma rodzinę, dziecko, swoje życie osobiste, problemy itp. czyli normalne życie, które prowadzi przy okazji pomagając tym, które o pomoc prosić nie potrafią.