O Fundacji

O Adopcji

Psy Do Adopcji

Ratuj z Nami

Kwota w PLN:
2015/04/14

Eutanazja – czas kiedy musimy podjąć trudną decyzję…

IMG_5105Jest moim przyjacielem, wierną i oddaną istotą, która na swój sposób nie pozwala mi cierpieć. Uśmiecha się do mnie każdego ranka, dziękując za opiekę i troskę jaką mu daję. Nie krzyczy, nie kłóci się, jest zawsze pogodny i pomaga borykać się z problemami dnia codziennego – mój przyjaciel pies. Nie zostawia mnie gdy najbardziej go potrzebuje. Jest przy mnie zawsze – wierny, oddany. Za to go kocham i kochać będę aż do końca.

Przychodzi jednak taki moment, gdzie mój przyjaciel się starzeje i zaczyna chorować. Pomagam jak mogę, chodzę do najlepszych specjalistów, operuję, robię wszystko aby było mu jak najlepiej aby tylko nie cierpiał i żył jak najdłużej. Z czasem kończą się jednak możliwości a leki przestają działać. Nadchodzi chwila, kiedy muszę przyswajać myśl o tym, że niedługo będziemy musieli się pożegnać….

Przyjaźń nie polega na tym, że myśli się o sobie. W przyjaźni przede wszystkim myśli się o przyjacielu – moim psie.

Odpowiadamy za nasze zwierzęta tak samo jak za siebie, za ich ból, cierpienie, złe samopoczucie. W przeciwieństwie do ludzi, możemy ulżyć im w cierpieniu a nie skazywać na ból i agonię do końca i patrzeć jak się męczą gryząc z bólu. Możemy zgodzić się na coraz silniejsze leki przeciwbólowe, codzienny coraz gorszy stan i zaspokajanie własnego ego pt. „ja nie mogę, ja nie dam rady, ja tego nie zrobię”. Możemy w tym wszystkim myśleć głównie o sobie i patrzeć jak z dnia na dzień nasz przyjaciel coraz bardziej cierpi.

Nadchodzi ten czas kiedy muszę podjąć decyzję, pomóc odejść, nie pozwolić cierpieć – jemu, nie sobie. Czy to można nazwać odwagą? W pewnym sensie tak, w innym na pewno nie można nazwać tego egoizmem.

Decyzja najcięższa z możliwych, decyzja, z którą długo nie mogę się pogodzić. Decyzja która zawsze budzi wątpliwości – a może za wcześnie,a może byłoby lepiej gdyby? No właśnie gdyby co….

Podejmuję najcięższą jaką w życiu podejmowałam. Decyzję o czyimś życiu… najbliższego mi, niezawodnego przyjaciela.

Od zawsze staram się by było mu jak najlepiej. Znając nieciekawą przeszłość, wiedząc, ze w życiu nie było mu łatwo nie chcę być sprawcą kolejnego bólu. Znam go najlepiej i wiem, kiedy boli. Kiedy traci radość życia i gdyby mógł powiedziałby „pomóż mi bo mnie boli„. Ale nie mówi tego, co chciałabym usłyszeć. Jestem od tego, aby decydować za niego.

Nie dopuszczam do stanu agonalnego, nie dopuszczam do stanu gdy nie chodzi, gryzie z bólu i wyje. Stawiam się w jego sytuacji i odpowiadam sobie napytanie – jak bym chciała, żeby było.

Zamykam oczy i widzę śmierć bez bólu, w gronie osób, na których zależy mi najbardziej. Śmierć, której nie nazywam śmiercią tylko przedłużeniem snu. Śmierć taką, jaką sama chciałabym przeżyć.

Decyzja o eutanazji jest najcięższym wyborem. Ale eutanazja w takich momentach to nie morderstwo, to miłosierdzie, które na zakończenie naszej cudownej przyjaźni mogę ofiarować mojemu psu.

Podejmuję ją i zaczynam przygotowania – na ostatnie chwilę daje mu to, co kocha najbardziej.

Dzisiaj zaśniesz kochanie i nic już nie będzie Cię boleć…

Nie wiozę do lecznicy, nie skazuję na dodatkowy stres. Wszytko zaplanowane jest w miejscu, które kocha – w naszym domu.

Umawiam weterynarza, który na ustaloną godzinę w ustalonym dniu przyjedzie i pomoże mi przeprawić mojego przyjaciela za Tęczowy Most – w miejsce, gdzie spotka się z innymi, gdzie nie będzie cierpiał, w miejsce, gdzie będzie biegał po zielonych łąkach kochany, szczęśliwy. W miejsce, gdzie może kiedyś do niego dołączę.

Szykuję posłanko, kocyk, przytulam i czekam Oczekiwanie to czas, kiedy mój przyjaciel może wszystko. Zminimalizowane dotychczas ukochane smakołyki dostaje w ilości takiej, jakie chce. Ulubiony posiłek wcina z zachwytem – chce więcej – dam dokładkę.

Staram się nie płakać, powstrzymuję łzy, które same lecą a krzyk rozpaczy rozdziera moje serce. Nie chcę płakać, ale nie mogę się powstrzymać, chcę cieszyć się ostatnimi chwilami, które spędzamy razem. Jest mi ciężko, bardzo, ale robię to dla mojego przyjaciela.

Najedzony, a co za tym idzie trochę szczęśliwy mój przyjaciel zasypia wtulony w moje ramiona. W swoich zapachach, w swoim domu. Wtedy do działania przystępuje weterynarz, który cieniutką igiełką aplikuje lek przysypiający przedłużając tym samym sen.

Ten moment kiedy igła sprawia, że mój przyjaciel zasypia nie boli tak bardzo. Jestem w nim i czuję jak odpływa wtulony we mnie. Głaszczę go do samego końca, drapię i całuję po brzuszku – tam gdzie lubił najbardziej. Zasypia a wraz z nim cały ból, który zaczynał doskwierać. Jesteśmy tylko my dwoje – ja i mój ukochany przyjaciel. Odchodzi on a wraz z nim cząstka mnie.

teczowy

Mój przyjaciel już nie cierpi, zaczynam cierpieć ja. Bo zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że za chwilę wyda ostatnie tchnienie i nigdy już nie wróci.

Jeszcze można się wycofać, jeszcze można zmienić decyzję, ale nie robię tego, bo nie jestem egoistką. Niech bezboleśnie śpi i śnią mu się same dobre rzeczy – gdyby umiał mówić o to właśnie by poprosił.

Przytulamy się a weterynarz przystępuje do działania. Kiedy mój przyjaciel wydaje ostatnie tchnienie i weterynarz potwierdza, iż biega już za Tęczowym Mostem wszystko we mnie pęka, okropny ból przeszywa całą mnie.
To czas na żałobę, na wykrzyczenie światu jak bardzo boli utrata przyjaciela. Jak niesprawiedliwe jest życie i dlaczego musiało tak się stać. To również czas na wyrzuty sumienia, których mieć nie powinnam, bo moja decyzja zostaje poparta słowami weterynarzy, którzy wiedzą, że lepiej zrobić nie mogłam. Ale wyrzuty sumienia czasami i tak pozostają. Bo wydaje mi się, że coś jeszcze mogłam zrobić. Mieszane uczucia, pustka…

Mój przyjaciel pozostaje ze mną na zawsze. Wspominam czas, kiedy przyjechał do mnie, zaniedbany, nieszczęśliwy, porzucony pies ze schroniska czy ulicy. Pies, któremu człowiek odebrał godność skazując na schronisko a ja dzień po dniu odzyskiwałam ją w pierwszej kolejności nadając imię a likwidując schroniskowy numer.

Wspominam chwile, kiedy przechodził piękną metamorfozę, kiedy zaczynał machać ogonkiem, reagować na swoje imię i przytulać się do mnie. Jak uzależnialiśmy się od siebie – ja i mój przyjaciel. Jak nie wyobrażałam sobie pustki po nim, która teraz mnie dopadła.

Teraz, po latach doświadczeń wiem, że potrzebne mi lekarstwo. Lekarstwo którego nie kupuję, lekarstwo, które czeka na mnie za kratami schroniska. To specyfik, który nabywam ponownie, nie kierując się swoimi potrzebami i egoizmem, tylko myślę o tych, które dzień po dniu trwają za kratami schronisk porzucone, skazane na dożywocie, bez szans na adopcję. Stare, zapomniane, niepotrzebne nikomu poza mną.

Lekarstwem na mój ból jest kolejna Kokolina, która będzie moim następnym przyjacielem. Której znowu pomogę jak zajdzie taka potrzeba podjąc decyzję aby nie cierpiała. Bo w przeciwieństwie do przyjaciół ludzi – przyjaciół psów jest cała masa. Trzeba dać im tylko szansę i miejsce w swoim sercu.

Dla Kasi i Kokoliny oraz wszystkich tych, którzy przeżyli to, co ja

MK

IMG_5102